avatar
olenalucia

Witam,

Jestem nowa na tym forum. Czytam Wasze historie i chciałabym również podzielić się swoimi przeżyciami. Może poradzicie mi coś a może sama będę umiała komuś pomóc.
W zasadzie teraz moja depresja się przyczaiła, ale wiem, że może wrócić i dlatego staram się wyciągnąć jak najwięcej wniosków z tego, co mi się przytrafiło i skonfrontować się ze wszystkim, co mnie ciągnęło i utwierdzało w tym stanie.
Trzy lata temu zdiagnozowano u mnie nowotwór mózgu. Zostałam zoperowana, guz okazał się niezłośliwy i tak właśnie, prawie bez większych cierpień, dostałam nowe życie. Dziś jestem zdrowa.
Wkrótce po tym, zaczęły nachodzić mnie dziwne, natrętne myśli - typu *brakuje mi powiedzmy wapnia. Muszę NATYCHMIAST zacząć łykać wapń, inaczej zachoruję* - i tu cała litania możliwych chorób, wyczytana z internetu. Takich myśli było coraz więcej. Jednocześnie każdego ranka bardzo mnie mdliło, miałam kompletny mętlik w głowie - chodziłam od lekarza do lekarza, bo wydawało mi się, że znowu jestem na coś chora. Badałam gardło, oczy, krew. W tym okresie miałam bardzo dużo na głowie w pracy, więc siłą rzeczy brałam się w garść co rano, ale z dużą pomocą bliskich osób. Aż któregoś dnia leżałam w łóżku, serce łomotało mi jak nigdy dotąd, uznałam że już zaraz umrę, mam właśnie zawał serca i to koniec. Chyba wtedy uznałam, że to wszystko i tak jest bez sensu, i tak umrę ja i mój mąż, albo co gorsza, tylko on, nasze rodziny, a ja zostanę zupełnie sama. Od tamtej pory nerwica wysyciła się, otwierając drogę depresji.
Wtedy, kiedy już zrozumiałam, że to depresja, poszłam do specjalisty, brałam leki, chodziłam na terapię. Po kilku miesiącach zaczęłam czuć się lepiej i odstawiłam leki (pod opieką lekarza), niestety depresja powróciła. Leczyłam się więc od nowa, pod kierunkiem innego lekarza. W tym drugim epizodzie byłam już chyba trochę mądrzejsza, bo zaczęłam bardziej analizować swój stan, swoje życie i doświadczenia. Właściwie złe nastroje zawsze gdzieś tam mi towarzyszyły, więc ta depresja nie była depresją reaktywną a endogenną.
W tamtym czasie niestety zrobiłam kilka poważnych błędów, których bardzo żałuję. Często rozmawiałam o swoim stanie i przemyśleniach z rodziną i znajomymi. Część osób chyba nie była na to gotowa, czuję, że odsunęli się ode mnie. Jednocześnie czuję się źle z tym, że zawracałam innym ludziom głowę swoimi sprawami, a także, że niekiedy były to niewłaściwe osoby, jak np. niektórzy współpracownicy. Jednocześnie od czasu nowotworu bardzo pogorszyły się moje relacje z rodzicami. Mama powiedziała, że nie radzi sobie z tym, w czasie, gdy wszyscy inni stawali dosłownie na uszach, żebym tylko nie myślała o najgorszym. Każda rozmowa zaczyna się od *a co u Was? Dobrze?* albo *jak tam w pracy? Dobrze?* Wiedziała o nerwicy, depresji, lekach, a nie chciała tego słuchać, zamykała i wciąż zamyka mi usta tym *Dobrze, prawda?*
To niestety prowadzi mnie do wspomnień mojego dzieciństwa i młodości, które nie były zbyt szczęśliwe. To mogłabym długo opisywać, ale już nie chcę zanudzać. W każdym razie nie umiem tego przebaczyć rodzicom, że tyle rzeczy mnie nie nauczyli, zaniedbywali, wytykali przed rodziną w okresie, kiedy się buntowałam, traktowali jak powietrze albo odwrotnie, wciągali w swoje problemy małżeńskie.
Wciąż odkrywam źródła swoich problemów w tym dziwnym traktowaniu. A jednocześnie wiem, że wszyscy mamy tu ograniczony czas i szkoda go na pretensje.
Uff, wygadałam się. Dziękuję z góry za przeczytanie i komentarze.
Może ktoś z Was potrzebuje też się wygadać i poradzić, jeśli będę umiała, z chęcią pomogę.

Olena

Odpowiedzi znajdują się poniżej

Twoja odpowiedź