~renia,
2007-08-10 13:54:47 (IP: 85.221.***)
Cześć słoneczka
Właśnie wróciłam z kolejnej wizyty od dentysty i juz sie uspokoiłam,ale musze wam powiedziec ze troche popanikowałam ale chyba bardziej ze strachu niz jak kiedyś z leku,ze moje serce nie wytrzyma tego napiecia.Malutka czy Ty kochana robiłas badania w kierunku tarczycy.Bo ja cała ta depreche i nerwice dostałam od kolezanki tarczycy.Takze kochana do nastepnej niedzieli juz tylko kilka dni.Przyjedziesz i porobisz sobie badania i napewno sie uspokoic.Bo przeciez kto jak kto ale My wszystkie wiemy ze przychodzi taki moment kryzysowy,ze nikt nie jest w stanie nam przetłumaczyc,ze to nerwica robi sobie z nami co chce i nie ma mowy ozadnych chorobach serca,Wiem pamietam jak to jest,jest dobrze zeby w ciagu jednego dnia byłao tak fatalnie ze człowiek funkcjonuje tylko z poczucia obowiazku.Tylko trzeba przetrzymac(wiem ze to jest bardzo ciezkie)a przyjdzie ukojenie.narazie musisz przetrzymać na melisie-polecam dwie torebki na szklanke trzy razy dziennie.Dasz rade.I pisz kochana pisz jak tylko masz czas.Buziaczki
~Dharma,
2007-08-10 15:34:15 (IP: 83.20.1***)
MALA - dziewczyny mają 100% rację: wytrwaj, przetrzymaj, jeszcze kilka dni i będziesz w domu. Wiem, że tęsknota za ukochanym może podcinać skrzydła, odbierać radość życia. Ja cierpiałam tak przez rok, kiedy mój Marcin wyjeżdżał do Gorzowa na studia, a nasz kontakt ograniczał się jedynie do weekendowych spotkań co dwa tygodnie. Było mi bardzo ciężko, znienawidziłam wręcz niedziele, bo to oznaczało, że mój luby wsiądzie w autobus i odjedzie. Wracałam do domu z PKS-u z uczuciem kluchy w gardle, nie mogłam opanować łez, żal rozkładał mnie na łopatki. Postanowiliśmy zamieszkać razem. I teraz problem jest odwrotny - te same objawy z tym, że ukierunkowane na tęsknotę za domem i rodziną. I gdzie tu kompromis, gdzie rozsądek i racjonalne myślenie, gdzie dojrzałość emocjonalna i niezależność? Wiem doskonale, co czujesz - myślę nawet, że jedziemy na tym samym wózku. Ty wrócisz do kraju, ale rozstaniesz się z Marcinem, ja pojadę z ukochanym do Gorzowa, a rozstanę się z rodziną! Przygotowuję się intensywnie na tę chwilę, nastawiam odpowiednio, ale obawiam się, żeby nie było tak jak z dentystą. Cały tydzień śmiałam się z własnych obaw, odwracałam myśli od wizyty, nawet rano przed wyjściem byłam pełna optymizmu, a kiedy tylko znalazłam się przed drzwiami, wpadłam w totalną panikę. Oby tak nie było i w tym przypadku. Wczoraj Marcin uświadomił mi, że nasze przyjazdy do domu mogą zdarzać się nieczęsto. On rozpoczyna studia zaoczne, jeśli znajdzie pracę, będzie najprawdopodobniej pracował na zmiany, w mojej pracy mogą wypadać dyżury w weekendy. Nasze grafiki mogą więc być bardzo rozbieżne. Nie mamy samochodu, a do domu jakieś 200 km, czyli 4 godz autobusem! A ja tak bardzo potrzebuję kontaktu z domem. Szukałam nawet wczoraj w internecie informacji na temat *odcinania pępowiny*, ale - mimo różnie konstruowanych zapytań - nic nie znalazłam. Czasem ludzie rozmawiają o tym problemie na forach lub blogach z tą różnicą, że w większości to oni są zatrzymywani przez rodziców, a chcą rozpocząć samodzielne życie na własny rachunek. U mnie jest sytuacja odwrotna. Rodzice popierają, nie powstrzymują, a ja ograniczam samą siebie i boję się z tego domu wyjechać. Może Wy mi jakoś to przetłumaczycie, choć zrozumiem jeśli ten *niedojrzały temat* już Was nudzi, bo przecież na okrągło o tym piszę... Mała, myślę, że podobnie jest z Tobą - jak sama napisałaś - mnóstwo mniejszych i większych emocji i problemów nazbierało się w Tobie, dając ot taki specyficzny i całkiem niesmaczny koktajl. Wiem, jak człowiek czuje się z takim kołowrotkiem w głowie. Nie dość, ze okropnie fizycznie (wtedy wszystko dolega, a to sygnał od organizmu, że ma już dość), to jeszcze gorzej psychicznie. I to cholerne *przeżuwanie myśli* - fujjj! Nienawidzę tego! Miałam identyczne momenty, za co bym się nie wzięła, z kim bym nie rozmawiała, myśli wciąż krążyły wokół tego samego. Jestem przekonana, że właśnie to myślenie nas wykańcza - mózg funkcjonuje na takich obraotach, że ciało odmawia posłuszeństwa. W *Optymizmu można się nauczyć* Seligman dawał takie oto rady na *niemyślenie*: 1) wyznaczyć sobie godzinę, w której zajmiesz się rozważaniem danej kwestii; wówczas przestajesz się zadręczać, bo jest to psychologicznie nieuzasadnione, 2) prysnąć sobie w twarz zimną wodą, 3) założyć na nadgarstek gumkę recepturkę i kiedy tylko nadejdzie uporczywa myśl, strzelać ile wlezie. Szczerze mówiąc ja od tej gumki zaczynałam. Nawet w mieście, będąc na zakupach *strzelałam z nadgarstka*:) Pomaga, choć na chwilę, a z czasem całkiem odwraca myśli. Tylko wymaga to cierpliwości, bo nie zmienisz własnego myślenia w godzinę. I jeszcze jedno, moje drogie panie, moja droga Mała - my źle interpretujemy świat i dziejące się wydarzenia (już o tym pisałam kiedyś). Mamy po prostu negatywny, pesymistyczny sposób wyjaśniania. Spójrzcie na nasze wypowiedzi *boję się; jestem chora; NA PEWNO coś mi jest; NIE dam rady; NIE mam sił; PODDAJE SIE; ZNóW zostanę sama; ZAWSZE jest tak samo; jestem wściekła NA SIEBIE; NIC mi nie wychodzi; on/ona NA PEWNO nie zrozumie; Z WYPOWIEDZI MALEJ - czekają mnie samotne noce i tęsknota; od 2 miesięcy (cały okres pobytu tutaj) nie mam ani 1 dnia spokojnego, i że się nakręcam, i że nic nie potrafi mnie cieszyć, że nie mogę tego przezwyciężyć; walczyć nie mam już sił) Wszystkie wypowiedzi, w których pisałam wielkimi, drukowanymi literami wskazują, ze interpretujemy zdarzenia jako te, które: przydarzają sie tylko nam!, trwają od zawsze i na zawsze, więc mają charakter ciągły, wszystkie nasze niepowodzenia traktujemy jako długotrwałe (a nie chwilowe, po których można sie otrząsnąć i pójść dalej), wszystko należy zanegować, bo przecież NAM nic dobrego, pozytywnego, optymistycznego zdarzyć się nie może(!). Mała, wiem, że nie przyjmujesz do siebie racjonalnych argumentów, ale spójrz, że już teraz założyłaś, że *twoje noce będą samotne i pełne tęsknoty*. Już teraz na tę tęsknotę się nastawiłaś. Z pewnością będziesz odczuwała brak męża, ale pomyśl, że wieczory możesz spędzać z przyjaciółmi, rodziną - jest jeszcze ciepło, więc można grillować, pójść do kina, posiedzieć z kimś i porozmawiać, zadzwonić do męża, zaplanować kolejny dzień, a po tych atrakcjach (po całym dniu opieki nad dzieckiem) padniesz do łóżka. Kolejny przykład - *WALCZYć MAM SIłę I NIGDY TEJ SILY NIE STRACE!!! BEDE DLA SIEBIE ZYC, BEDE DLA MEZA ZYC, BEDE ZYC DLA NASZEGO DZIECKA! I BEDE SZCZESLIWA, BO JAK JA BEDE, TO BEDZIE SZCZESLIWA CALA MOJA RODZINA*... Ja do takich prostych wnisków dochodze po tylu latach walki z nerwicą. Raz jest lepiej, innym razem gorzej, ale uświadamiam sobie coraz to nowe rzeczy. Do tego potrzeba czasu i optymizmu, że wszystko może się udać. A jakie to trudne - wiem dobrze, ale powiem Wam w sekrecie - wierzę, że to możliwe!
~Dora,
2007-08-10 15:49:34 (IP: 83.22.1***)
Wiesz Mała? Intensywnie myślę, jakby Cię pocieszyć, żeby poskutkowało na dłużej niż chwilkę. Może tak: nie martw sie, że niedługo rozstanie z mężem. Przynajmniej tak się za sobą stęsknicie, że pokochacie się jeszcze bardziej:)Tobie odmiana na pewno dobrze zrobi, znowu zobaczysz się z rodziną... A czy rodzina wie o Twojej nerwicy? Bo jeśli tak, to sądzę, że nie zostawią Cię samej, że będziesz mogła ponarzekać komuś bliskiemu, pozwierzać się. No i odwiedzisz ulubionych lekarzy:) i znów się na jakiś czas uspokoisz:)) A jestem pewna, że nic Ci nie dolega poważnego. Coś Ty, na poważne choroby to zapadają ludzie, którzy bujają w obłokach i nie zdają sobie sprawy z tego, że coś im jest... Nie daj się dziewczyno! Uwierz, że będzie ok! Może idź do kościoła, pisałaś, że się dużo modlisz. Ja też się modlę i obiecuję, że dziś odmówię modlitwę także w Twojej intencji:) Poważnie! I coś jeszcze: nie myślałaś o poszukaniu jakiejś pracy w kraju? Nie wiem, jak wygląda Twoja sytuacja, nie pamiętam też, ile lat ma Twoja córcia. Ale wiem, że praca pomaga, choćby dlatego, że chcesz, czy nie chcesz - musisz wyjść z domu, sprężyć się, być w gotowości. No i wtedy nie masz czasu myśleć o swoim stanie zdrowia. Ja tak mam . Boję się wyzwań, przeżywam, stresuję, ale chcę pracować, bo mi to służy. Nie mówiąc o korzyściach materialnych. Trzymaj się! A teraz do Reni. Kochana, a jak Ty się konkretnie czułaś, kiedy okazało się, że masz problemy z tarczycą? Bo ja też myślę o zbadaniu poziomu hormonów. Czy odczuwałaś tylko coś od serca, czy też miałas dolegliwości typu: uczucie duszenia, ucisku w gardle. Bo ja trochę podejrzewam u siebie tą tarczycę, ale tych końcowych objawów nie mam. Owszem kołacze mi serce, czasem drga, podskakuje, szumi w uszach, coś mi się w głowie czasem *przelewa*, ale np. potem się nie oblewam - jak moja znajoma. Tylko, że te zmienne nastroje, deprechy, to miałam od zawsze. Czasem takie zmienne, że wszyscy się dziwili, jak można tak funkcjonować. Napisz, jak to było u Ciebie. Dorota!Ja też zawsze byłam, jestem i chyba na własne nieszczęście będę pesymistką. A wiary we własne możliwosci nie mam za grosz. Za to niską samoocenę mam aż nadto wysoką:)Ale wiem już, że z tymi przypadłościami można żyć i nieźle sobie radzić. Pozdrawiam Was wszystkie. Pa!
~Dora,
2007-08-10 16:08:50 (IP: 83.22.1***)
Do pani psycholog Dharmy:) (bo dopiero teraz przeczytałam Twój post): no to kochana stosuj się teraz do własnych rad!Powtarzaj sobie: BĘDĘ DZIELNA! DAM SOBIE RADĘ! NIE BĘDZIE MNIE PRZERAŻAĆ ROZŁĄKA Z RODZCAMI BO TO JUŻ DUŻE DZIECI, A JA JESTEM DUŻĄ DZIEWCZYNKĄ! BĘDĘ MIEĆ NOWYCH ZNAJOMYCH, KTÓRZY UDZIELĄ MI WSPARCIA! BĘDĘ MIEĆ WSPANIAŁĄ PRACĘ!(I ZARABIAĆ PRAWDZIWE PIENIĄŻKI:) BĘDĘ ŻYĆ DLA MOJEGO MĘŻCZYZNY, BO GO BARDZO KOCHAM! I DLA KOCHANEJ RODZINY, KTORA NIE MIESZKA W AFRYCE!!! I najważniejsze: BĘDĘ SZCZĘŚLIWA!!! Bo moje drogie, przyszło mi teraz do głowy, że powinnyśmy wszystkie pomyśleć, że ludzie mają naprawdę gorsze problemy niż my. Że mogło nam się przytrafić jakieś autentyczne, stwierdzone medycznie choróbsko, nieuleczalne. (A my mamy ULECZALNĄ NERWICĘ!) Że mogło nam się przytrafić prawdziwe nieszczęście, kataklizm, nie wiem. A my żyjemy! Mamy bliskich, którzy dobrze się mają, nie jesteśmy same. Chwilowa rozłąka to nie rozstanie na zawsze. A Wy wytrzymacie wszystko!Wiem, pomyślicie, że jestem taka mądra, ponieważ jestem w tej chwili w dobrej formie.Ale z Wami tez tak jest. A to, że nie jesteśmy cały czas w złej - też jest pocieszające. Mówię Wam: CO NAS NIE ZABIJE, TO NAS WZMOCNI!!! A wiecie, że nas nie zabije, bo mamy tylko nerwicę. Pa!
~renia,
2007-08-10 16:39:13 (IP: 85.221.***)
Witam dziewczeta
Oj jak miło takim optymizmem zawiało.Ciesze sie Doreczko ze w lepszej kondycji:)a co sie tyczy mojej tarczycy to nigdy moich stanów z nia nie kojarzyłam bo ona jako ona mi nigdy nie dokuczała.Dopiero jak zaczeły sie te schizy(stany depresyjno-lekowe0 i do tego cisnienie(85/48) zwalajace mnie z nóg to lekarz wysłal mnie na badania hormonów(były w normie)i usg tarczycy.I dopiero po usg sie okazało ze mam guzki,potem biopsja tych guzków( narazie ok)i zalecenie pani endokrynolog*leczenie nie ma sensu, trzeba powycinać operacyjnie*i chyba miała racje bo poszłam jeszcze do dwóch endokrynologów, oczywiście nic imm nie mówiąc o poprzednich diagnozach i oni tez tak stwierdzili.No ale ja narazie straszliwie sie boje zabiegu i tak narazie jest.Chodze tylko na kontrole czy mi sie te guzki nie zwiekszaja.Takze te swoje przejscia depresyjno-nerwicowe zafundowała mi moja osobista kolezanka tarczyca:)wiem ze powinnan z nia zrobic porzadek,ale chyba musze do tego dojrzec.Narazie strach duzy.Takze warto zbadac tarczyce bo ona czesto powoduje te wszystkie pierdoły.Moja siostra ma z kolei nadczynność tarczycy,tez sie leczyła na depreche(przez dwa lata nie wiedziała co jej jest)ale nigdy nie miała stanów lekowych od ktorych same wiecie mozna zwariować.To by było narazie na tyle.Ide wypic kawke i moze jakies małe co nieco:)buziaki pa Mała co tam?
~Dora,
2007-08-10 17:07:35 (IP: 83.22.2***)
Ja też zrobilam sobie kawkę i coś do tycia też wyjęłam:) (przytyłam ostatnio 1,5 kg). Renia, a serce też Ci dokucza? Jeśli tak, to co odczuwasz? Mnie też się ciśnienie obniżyło, nie wiem czemu. Zawsze miałam wzorcowe, nawet w ciąży. Czasem myślę, że proces starzenia mi się zaczął od ukonczenia 30 lat:) Bo to wtedy to wszystko się zaczęło. Na początku zawroty głowy, szum w uchu, jakieś cierpnięcia w różnych częściach głowy. Potem zaburzenia koncentracji, uczucie ciągłego otępienia, no a potem lęki. Teraz doszło serce. A deprechy swoją drogą - zawsze *lubiłam* mieć. Także wcześniej. No i te drastyczne napięcia przedmiesiączkowe, które mam przez większość miesiąca... Czy masz lub miałaś coś z tych objawów? A w ogóle to myślałam, że skoro hormony są w normie, to niemożliwe, żeby z tarczycą coś było. Wiesz, byłam dziś u kolezanki, która od 7 klasy leczy sie na tarczycę i też ma guzki. Robi co roku biopsję, ale ich nie wycina, bo lekarz mówi, że skoro po biopsji wychodzi ok, to nie trzeba. A ona leczy się - tylko nie wiem, jakimi lekami. W każdym razie czasem chyba bierze jakies sterydy, bo od nich tyje. Moja siostra też swego czasu leczyła tarczycę, to może i ja jednak sprawdzę... Pa! Jeszcze tu dziś zajrzę.
~Dharma,
2007-08-10 17:09:39 (IP: 83.20.1***)
Dobre, Doro, bardzo dobre:) że też sama na to nie wpadłam. Jak ktoś napisze to człowiek zaczyna inaczej patrzec na to, co niby wie:) Wystarczy rzucić nieco inne światło heheeh a ta Afryka to mi sie bardzo podoba. Jakoś, Doro, tak mi sugestywnie naszkicowalaś tę odległość, że dotarło do głupiej głowy, że to przecież rzut beretem! Dzięki
~Iśka:),
2007-08-10 17:18:33 (IP: 62.87.2***)
Witam Was serdecznie :) ostatnio bardzo dużo czytam na różne tematy i coraz bliżej jestem odpowiedzi w sprawie zdiagnozowania własnej choroby, niestety lekarze wysyłają mnie od gabinetu do gabinetu i w kółko badania w laboratorium .Jedno co wyszło to niedoczynność tarczycy i związana z nią chuśtawka emocjonalna :( co jakiś czas miewam właśnie lęki i napady jak przy menopauzie , uderzenia gorąca, arytmia serca i podwyższone ciśnienie:( jak jestem sama to siadam nawet na krawężniku i się zastanawiam czy prosić kogoś o pomoc czy wzywać już pogotowie:( jest to dla mnie nie do zniesienia, nie umiem się jeszcze nauczyć z tym żyć :( Mam 30 lat, choroba tarczycy wyszła pod wpływem silnego stresu, genetycznie odziedziczona,11 miesięcy temu , a do dziś nie mam ustabilizowanego TSH, jak dopadają mnie lęki to czuję,że już pora znowu iść do laboratorium :( choć często zdaża się to właśnie przed wyznaczonym terminem badania.Z tego co tu czytam to tarczyca przyczyniła się do wywołania objawów nerwicy, co dziwne to też nie mam typowych objawów niedoczynności choć TSH na to wskazuje :( np.miałam niedowagę i nie mam wola .W poniedziałek wybieram się do kardiologa,żeby przepisał mi coś na uspokojenie serduszka, bo przy huśtawce hormonów mam wrażenie ,że mi wyskoczy a tętnica się rozerwie :( Lęki, które miewam przeważnie dotyczą własnej egzystencji i często upewniam się zupełnie głupio własnych rodziców czy nie umrę? Wiem jak to brzmi i z tego powodu też jestem na siebie zła ;/ Następną rzeczą jest to ,że mam coraz słabszą kondycję , teraz przebiegnięcie 20 m kończy się zadyszką, gdzie rok temu pracowałam po 12 godz i potrafiłam biegać na czas sprintem,teraz się czuję jakbym miała nie 30 a 60 lat :( nie mogę się już doczekać dojścia do formy psychicznej i fizycznej :) pozostaje nadzieja,że to nastąpi,choć zdaję sobie sprawę ,że nigdy już nie będzie tak samo :( Pozdrawiam wszystkich gorąco :) Grunt to pozytywne myslenie:)
~renia,
2007-08-10 20:38:04 (IP: 85.221.***)
Witam ponownie wszystkich co juz tu byli.sa i beda dopiero
droga Dora!u mnie to wszystko zaczeło się od bóli serca.Poza tym czułam sie bardzo dobrze.Ja generalnie nie miewałam dołow, chyba ze mniw chłopak zostawił,albo ulokowałam zle uczucia:)ale i z tego sie szybko wygrzebywałam,zawsze pojawił sie ktos lepszy i przystojniejszy.Zreszta teraz tez jestem wesoła dziewczyna z tzw,jajem.No ale wobec naszej przyjaciólki nerwiczki jestem bezbronna.No moze juz teraz umiem ja trochę pognać:)
w takim razie póznie było coraz wiecej dolegliwości,serce bolało,rece dretwiały,oddech czasem trudno było wziąśc, no i z czasem zaczełam fiksować.No zaczeło sie wiecsz jak: ostre dyzyry karetki pogotowia.badania za badaniami,wkoncu psychiatra-leki.Pół roku leczenia i doszłam do siebie Znów sobie spokojnie żyłam przez 5 lat.I w tamtym roku zaczeło sie.Znów płaczliwość bez powodu bóle róznego rodzaju,leki do zwariowania,az z tego wszystkiego tak sie któregoś dnia nakreciłam, ze dostałam zapaści.No i skończyłam na ostrym dyżurze.A potem znów neurolog,kardiolog, badania przepływu tętnic szyjnych i oczywiście wszystkie badania ok.Więc skończyłam u psychiatry i na lekach niestety.ale w miare krótko,tylko tyle zeby wyść z najgorszego.No i przez pół roku terapia pdsychologiczna.dzisiaj jest ze mna naprwde lepiej,ale ciekawe na jak długo?A wyniki hormonów mam naprawde w normie.wola nie mam,tak,ze po mnie wogóle nie widać ze ja tarczycowa.narazie koncze.Ostatnie badania wykazały ze te guzki troche urosły i lekarz naciska na operacje, aja mu powiedziałam,ze może jak mnie z ulicy wezma, bo ja samowolnie nie dam sobie gardła podciąć:)
Narazie koncze bo moje dziewczyny siedza w wannie i warjuja
zajrze za chwile
~dorota,
2007-08-10 21:42:16 (IP: 83.19.1***)
Hej dziewczyny! Po przeczytaniu listu Malej ,tak sobie pomyslalam ,czy nie moglybysmy wszystkie pomodlic sie w intencji tej ,ktora aktualnie czuje sie zle? Przeciez jezeli kazda z nas zmowi dziesiatek rozanca to chyba nic sie nam nie stanie. Ja wierze w moc modlitwy blagalnej, wiec moze w ten sposob tez bedziemy sobie pomagac? Co o tym myslicie? Pa.
~Mała,
2007-08-10 22:37:46 (IP: 81.77.1***)
Kochane Dziewczyny Stare :-) i Nowe :-) jestem już :-) A w zasadzie to dopiero, ale miałam dzień rozważań egzystencjalnych ;-P I chyba mi się na główkę rzuciło (można bardziej????) bo nawet żarty się mnie trzymają, a po południu prawie zasłabłam. Mówię *prawie*, bo tak mam już 4 raz przed tym nieszczęsnym okresem i nauczyłam się to opanowywać. Czuję słabość, szklanka wody z dużą ilością cukru i leżenie z nogami ułożonymi wysoko. No i nawet jakoś mi przeszło. Potem trochę się przespałam, poczytałam o kołataniu serca (bo chyba to mam, trudno mi to opisać) i o zaburzeniach hormonalnych.
No i wszystko wskazuje, że ja mam właśnie coś z hormonami i przed okresem (nawet do 2 tygodni) mam różńe dolegliwości. No a nerwica zrobiła się chyba *przy okzazji* tych zaburzeń (bo mnie straszyły) + inne problemy i sytuacje stresowe, jakie miałam. Trochę mnie to uspokoiło, no ale jeszcze okresu nie mam więc te 2-3 dni muszę się jeszcze pomęczyć. Potem powinno być lepiej. Przynajmniej ostatnimi razami tak było. Zobaczymy. Nie wiem jakie to mogą być hormony więc chyba nastawić się muszę na dłuższe badania. Tarczyce badałam jeszcze przed wyjazdem, bo jakieś 10-12 lat temu chorowałam na nadczynność. Wtedy leczyłam to hormonami i wyleczyłam całkowicie. Teraz tsh, t3 i t4 wyszły mi w normie. No ale skoro mówicie, że mimo tego może być coś nie tak, to pójdę na usg. Mój tata od kilku lat leczy się na nadczynność tarczycy i przy tym należy już od prawie 30 lat (wyobrażacie sobie??) do naszego *zaszczytnego grona nerwusów*. Tak więc jeśli chodzi o wsparcie rodziny w moim problemie to mam w nich 100% zrozumienie, bo wiedzą o co w tej *bajce* chodzi i bardzo mi pomagają. Tata zresztą już przy pierwszym ataku *zdiagnozował* u mnie nerwice. Wtedy nie chciałam mu wierzyć (*ja taka silna baba i nerwica??). Drugi atak jego utwierdził w mojej nerwicy a mnie nadal nie przekonywał. I tak Wam powiem, że nawet jadąc już tu do Anglii nie wierzyłam, że mogło mnie to spotkać. Śledząc lata walki mojego taty z tą paskudną chorobą, nie chciałam dopuścić tej myśli do siebie. Ale teraz już w to wierzę :-(
Dharmo masz świetą rację z tym naszym pesymizmem. Ja rzeczywiście więcej razy patrzę na wszystko przez pryzmat tego co się nie uda, a nie tego co będzie dobrze. Strasznie chciałabym to zmienić, ale to chyba jeszcze długa droga przede mną.
Strasznie mi pomogłyście dziewczyny. Wasze słowa dużo mi dają, choć mój mózg nie chce ich jeszcze *w całości* dopuścić do siebie. No ale czytam je z zapartym tchem, bo wiem, że mimo tego mojego nastawienia obecnie na *nie* dużo gdzieś tam w środku zostaje. I myślę, że w końcu zaowocuje.
Doro i Dorotko dziękuję za modlitwę, bo ja bardzo wierzę, że pomaga. Ja każdego wieczora, modląc się, także Was tu wszystkie polecam opiece Pana Boga i Matki Najświętszej. Myślę, że to najwłaściwsza droga.
Muszę iść dziewczyny, bo mnie mąż od komutera wyrzuca. Zajrzę jutro. Ostatnio skupiłam się na sobie, ale czytam też o Waszych sprawach i cieszę się tym co dobre i wierzę, że pokonacie wszystkie słabości jeśli się pojawią.
Życzę Wam dobrej i spokojnej nocy! I sobie też :-) pa
~Dora,
2007-08-11 10:58:19 (IP: 83.22.1***)
Cześć kobitki! Co tam dziś słychać? Ja właśnie zabrałam się do sprzątania pokoju mojego dziecka, żeby zrobić ewentualne miejsce na książki i zeszyty( pierwsza klasa...). Już wczoraj wyniosłam na strych całe pudło gratów, a dziś kontynuacja (korzystam z jego nieobecnośći, bo bawi sie na dworze. Będzie mniej bólu przy wynoszeniu:)Niestety jutro jedziemy na odpust do teściów - będzie dostawa... Mała! No widzisz, skoro chorowałaś już kiedyś na tarczycę, a w dodatku cierpi na nią także Twój tato, to wszystko wyjaśnia. A Ty snujesz domysły. Bardzo możliwe, że tarczyca robi Cię znowu *w konia* (u mnie sie tak mówi:). W dodatku po tym co napisałaś, to naprawdę nie masz co tak rozpaczać, jeśli chodzi o ten Twój wyjazd. Masz kochana porządne wsparcie rodziny. Zazdroszczę Ci nawet, że jesteś w pełni rozumiana, bo Twój tata cierpi na to samo. Wiem, nie powinnam może tak pisać, bo posiadanie nerwicy przez ojca nie jest czymś godnym pozazdroszczenia. Chyba wiesz o czym mówię. Nas rzadko kto rozumie. A Twój tata zna to z autopsji, wie w czym problem, skoro sam tego doświadcza. Nikt u Ciebie nie pomyśli, że wariujesz, kiedy coś Ci jest, bo rodzina miała już z *tym* do czynienia. Rozumiem wobec tego, że boisz się wyjazdu, bo nie będzie przy Tobie męża. Ale przeżyjesz. Dasz radę, bo i tak nie będziesz sama. Pomyśl, co by było, gdybyś nie miała rodziny... Miłe soboty kochane. Pa!
~Dora,
2007-08-11 11:00:00 (IP: 83.22.1***)
Oczywiście chciałam napisać *miłej* soboty:)
~NATII,
2007-08-11 11:39:35 (IP: 83.21.2***)
CZesc wszystkim mam do Was pytanie czy któras z Was przy nerwicy ma wysoki cholesterol ja mam 238 a dopiero mam 23 lata i strasznie sie boje bo nie jem wogole mieska zero tłustego a taki cholesterol Pozdrawiam
~renia,
2007-08-11 12:09:29 (IP: 85.221.***)
Cześć kobieciatka
wczoraj nie dokończyłam swoich wywodów,bo mi komputer wysiadł.On tez chyba na coś cierpi ostatnio:)Ja tu widze dziewczeta ,ze teoria tarczycowa sie sprawdza.Takze Mała zaraz po powrocie badanko hormonów tarczycy.Byc moze trzeba bedzie ja znowu podleczyc i wszystko wróci do normy.U Ciebie widze ze to rodzinne.U mnie wszystkie siostry maja problemy z tarczyca.A ona potrafi nieżle dokopać.Także prawdopodobnie jest ona źródłem naszego *wariowania* plus inne czynniki w postaci złych przezyc itp.Musze wziąśc przykład z Doro-porzadnej kobity i zabrać sie za jakies porzadki, bo jeszcze smigam w pizamie.
Natii-ja nigdy nie miałam problemów z cholesterolem,zreszta wszystkie badania zawsze miałam w normie,a byłas u lekarza?
A co tam u Mini?darhma jeszcze nie zajrzała,pewnie zarobiona kobieta:)A jak tam.....?Buziaki dla wszystkich