avatar
Raavaheotsaneosu

Witam
Mam 24 lata i do końca zeszłego roku byłam zdrowa i w dobrej kondycji. Dużo chodziłam, zwykle szybkim marszem, trochę ćwiczyłam na siłowni, nie fanatycznie, bardziej rekreacyjnie, w domu też czasem praktykowałam rozciągającą gimnastykę. Ogólnie od wielu lat nie chorowałam, miałam zawsze dobrą odporność. Coś nagle zmieniło się ostatniej zimy. Zaczęło się chyba od odwodnienia, bo zaczęłam mieć problemy z suchą skórą i włosami, łupieżem, suchością w gardle. W połowie stycznia zaczęło dziać się coś dziwnego. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że jestem sina i zimna. Towarzyszyły temu gwałtowne reakcje na zmiany temperatury - zaczerwienienie niektórych obszarów ciała, silne blednięcie innych, skurcz w gardle i osłabienie nóg. Pomagało wtedy położenie się z nogami do góry, jak przy omdleniu. Po kilku dniach zdałam sobie sprawę, że to jest tak, jakby krwi było za mało. Rozgrzanie jednej części ciała wywoływało gwałtowny odpływ z innych. Poszłam do lekarza, dostałam skierowanie na morfologię, TSH, CRP i coś jeszcze. Wyniki niby w normie. Tylko przy pobieraniu powiedzieli, że ja chyba bardzo mało piję, bo krew taka gęsta. Wtedy piłam już dużo, bo czułam dość silne pragnienie. Kolejne tygodnie na przemian lekkie poprawy i spadki, niby ciągła powolna poprawa. Tylko musiałam unikać ogrzewania ciała i nadmiernego wysiłku. Strasznie spadła mi wydolność. Przejście kilometra osłabiało mnie tak, że musiałam siadać z pochyloną między kolanami głową i głęboko oddychać. Na przełomie marca i kwietnia, jak zaczęło robić się cieplej, osłabienie nasiliło się. Pojawiło się większe pragnienie, wysuszenie śluzówek i nieznaczne krwawienie z nosa. W tamtym czasie już dość często mierzyłam ciśnienie. Zawsze miałam niskie, tak średnio 110/65, a odkąd wszystko się zaczęło, wyraźnie mi wzrosło. Bardzo często też puls przyspieszał. Któregoś dnia w końcu wróciłam z uczelni z mdłościami, zawrotami głowy i skurczami, wykrzywiającymi ręce. Przerażona poszłam na izbę przyjęć. Dali mi elektrolity, coś na skurcze, na jakiś czas ustąpiło. Zbadali krew, poziomy minerałów, TSH i parę innych rzeczy - żadnych nieprawidłowości. Tylko ciśnienie miałam wysokie, dali Captopril i kazali brać doraźnie. Dzień później miałam znów skok ciśnienia i skurcze, wzięłam tabletkę, co wywołało osłabienie i zaburzenia świadomości. Znów izba przyjęć, kroplówka, podejrzewali, że coś ćpałam. Dwa dni później, już bez żadnego czynnika *prowokującego* nagłe osłabienie, spadek temperatury, mdłości i odruchy wymiotne, pragnienie, zasinienie rąk i nóg. Położyłam się na wznak z nogami na ścianie, zrobiło mi się trochę lepiej ale nogi zsiniały, więc nie mogłam ich trzymać tak zbyt długo. Skończyło się omdleniem i hospitalizacją na oddziale neurologii. Rozbili tomografię i EEG, wykluczyli uszkodzenie mózgu. Wykluczyli tężyczkę. W szpitalu miałam zapaść, dobrze, że pomoc była na miejscu... EKG, holter, echo serca - wszystko w normie. Tylko ciągłe osłabienie, następujące w takich sytuacjach, kiedy normalnie obniża się ciśnienie - po posiłkach, jak byłam zrelaksowana, w nocy. Czasem mnie to budziło, wówczas serce potrafiło dwukrotnie przyspieszyć. Byłam tak słaba, że przejście kilkunastu metrów szpitalnym korytarzem powodowało wycieńczenie i dzikie walenie serca. Pojawiła się dziwna potrzeba, niezależna ode mnie, zwiększenia ilości białka w diecie do dawek naprawdę absurdalnych. W ciągu kolejnych czterech tygodni spowodowało to pewną, chociaż nie całkowitą poprawę. Ze szpitala wypuścili mnie mówiąc, że *z niewyjaśnionych powodów mam podwyższone ciśnienie, zwłaszcza rozkurczowe i przyspieszone tętno* i że może to nerwowe. Przyczyny nie znaleźli. Po majówce znowu się zaczęło, suchość w gardle, silne pragnienie, pieczenie skóry twarzy i bardzo bolesne skurcze w łydkach, jakby na całej długości miażdżyli mi kość. Przypadkiem odkryłam, że pomaga na to suplement zawierający potas. Reakcja była natychmiastowa. Lekarka pierwszego kontaktu powiedziała, że powinnam zdrowo się odżywiać i suplementować potas. Nieoczekiwanie zasłabłam na uczelni i pogotowie znów zawiozło mnie na izbę przyjęć. Dali mi kroplówkę. Podstawowe badania krwi nic złego nie wykazały. Usłyszałam, że powinnam iść do endokrynologa, bo to prawie na pewno kwestia hormonów. Po kroplówce zauważyłam, że puchnie mi ręka, potem brzuch. Następnego dnia byłam już obrzmiała na całym ciele. Przez kilka dni puchłam raz mocniej, raz mniej, w którymś momencie miałam wydęty brzuch jak w później ciąży. Bardziej regularne branie potasu znacznie złagodziło te objawy, chociaż na początku następowały bardzo duże wahania wagi. I bardzo silne osłabienie. Po posiłkach musiałam się kłaść, czasami nagle zasypiałam, tak szybko, że nie zauważałam kiedy. Miałam zimne ręce i nogi, czasami dreszcze. Zaczęłam wtedy mierzyć temperaturę. Najczęściej miałam 35-35,5°C. Spadki następowały najczęściej po tych epizodach osłabienia, czasami serce biło mi wtedy dwa razy szybciej. Tolerancja wysiłku poprawiła się nieznacznie. Mogę chodzić, chociaż na znacznie mniejszy dystans niż wcześniej, nie mogę utrzymać dawnego tempa a o bieganiu mogę całkiem zapomnieć. U endokrynologa byłam, usłyszałam, że *to bardzo prawdopodobnie aldosteron*, ale nie dostałam jeszcze skierowania na badanie. Dostałam duże dawki potasu, wapnia, witaminy D, B1, B6 i B12 i dzięki temu w ogóle mogę jakoś funkcjonować, ale nie jest dobrze. Ciśnienie skurczowe mam już prawie takie jak wcześniej, rozkurczowe nieco wyższe, pod wieczór wzrasta i wtedy najczęściej pojawia się nieludzkie zmęczenie. Tak, jakbym nie spała i nie jadła od wielu dni. Cały czas mam zimne ręce i nogi i mimo to spocone podeszwy stóp. Czasami palce rąk i nóg są tak zimne, że bolą kości. Wczoraj temperatura spadła mi na jakiś czas do 34°C. Nawet mnie to nie zdziwiło. Napady osłabienia nauczyły mnie, że im szybciej robię się zimna, tym szybciej napad przejdzie i będę mogła jakoś przeżyć resztę dnia. Kiedy się rozgrzeję, np. wychodząc na słońce, czuję się tak wycieńczona, jakbym miała upaść w każdej chwili. Cały czas mam wrażenie, że krwi jest za mało, że jej nie starcza na wypełnienie całego ciała. Tylko przez większość czasu coś jakby mnie *trzyma*, z różną skutecznością. Czasem *puszcza* (odkąd zażywam potas nieco częściej, ale korzyści i tak przewyższają straty) i po tym następuje osłabienie. Wtedy serce przyspiesza i po jakimś czasie robi się trochę normalniej. Nawet za bardzo się już podczas tego nie boję, zachowuję maksymalny spokój, bo wiem, że jak *puści*, zacznie *trzymać* z powrotem. Chociaż zauważyłam, że właśnie zdenerwowanie albo złość znacznie poprawiają fizyczne samopoczucie.
Jestem tym wszystkim coraz bardziej wykończona. Jutro idę do endokrynologa z wynikami badań kortyzolu i TSH. I tak wygląda na to, że w tych badaniach nic nie wyszło.
Zastanawiam się, czy to wszystko może mieć coś wspólnego z tą krwią, której jakby brakuje. A jeśli tak, to jak długo jeszcze wytrzymam.

Odpowiedzi znajdują się poniżej

Twoja odpowiedź